Jednakże nieufny wyrostek
„Jednakże nieufny wyrostek wciąż nie mógł się uspokoić, czuł, że coś tu nie tego. Po powrocie do domu wybiegł zrazu do ogrodu, a później jął się kręcić koło chałupy Gduły. Wnet przekonał się, że gospodarz wczoraj chyba pijany nie był, bo mu z ust niczym przykrym nie pachniało. Staś poczuł, że pokrzywka zaciekawienia świerzbi go już do tego stopnia, że nie może wytrzymać.
— Panie Gduło
— Ino co
— A ja coś widziałem! — zawołał śpiewnie.
— Czemuście wczoraj w nocy to namalowali
Zje mnie, zaraz zje! przestraszył się od razu potem, zawrócił na pięcie i pobiegł do dworku po grządkach kwiatów i przez krzaki, nie oglądając się za siebie. Dorośli ludzie, jak się okazało, bywali zdolni do przeobrażeń dosłownie piekielnych. Aż dziw, że Gdule nie wyrosły rogi na czole. Oczy mu się zrobiły czerwone, jak u diabla! Przerażonemu Stasiowi nawet się wydało, że chłop się zamachnął, jakby chcąc go wyrżnąć w ucho. — Mamo! — poskarżył się. — Gduła mnie o mało nie zbił! — Wielkie nieba! co się stało, mów! za co — Za to samo! za to, że widziałem, jak on w nocy namalował literę K! — Znowu zaczynasz, Staszku! — zniecierpliwiła się stara Trumfowa. — Przestań już wreszcie zawracać nam głowy.
No i na tym się wszystko skończyło i sprawa nie miałaby pointy, gdyby po dwudziestu z czymś latach Trumf Dukiewicz, już wybijający się współpracownik półurzędówki, nie znalazł się przypadkiem w tym samym przedziale pierwszej klasy, pałającym cynobrem aksamitu, w którym — również na Pomorze — dążyło dwóch komisarzy policji. Spostrzegłszy, że zamiast biletu okazał przepustkę redakcyjną upoważniającą go do bezpłatnych podróży po całym kraju, uznali go za swego i kontynuowali fachową rozmowę. Szło o modernizację naszej policji i jej metod. Między innymi wspominali dawne dzieje, kiedy to za panowania cesarza austriackiego był zwyczaj znaczyć literą K... chałupy konfidentów.“(3)